Informacje: Wiek: 20 Dołączyła 790 dni temu Posty: 57
Profil: Imię: Paula
Wysłany: 2010-04-15, 21:07
W szpitalu powiedzieli, że już się zaczyna. No nie wiem dlaczego tyle też się dziwiłam. Uciskając na brzuch przesuwała dziecko. I strasznie się namęczyłam.; (
Informacje: Wiek: 31 Dołączyła 873 dni temu Posty: 2681 Skąd: Kraków
Profil: Imię: Ania
Im. dziecka: Zosia, Filip
Nastrój:
Wysłany: 2010-04-15, 21:45
Nie, to raczej normalne po porodzie - zwłaszcza przy karmieniu będzie bardziej boleć, bo ten sam hormon odpowiada za wyplywanie mleka i obkurczanie macicy.
_________________ "Bo istnieją gwiazdy i niebieskie kraby pustelniki"
Informacje: Wiek: 28 Dołączyła 782 dni temu Posty: 40 Skąd: Polkowice
Profil: Nastrój:
Wysłany: 2010-04-20, 01:12
U mnie było to troszkę zwariowane. Nigdy w życiu nie leżałam tak długo w szpitalu.
Pewnego wieczora leżąc w łóżku poczułam że coś mi cieknie, i to dość dużo. Pobiegłam do łazienki i...nic...mokre majtki. Wzruszyłam ramionami i poszłam spać. Wstając rano znów to samo ... no to coś nie tak myślę sobie. I potuptałam do lekarza który przyjął mnie poza kolejką. Zbadał mnie powiedział że wyglądało to z moich opowiadań na wyciek wód płodowych, ale on tu nic nie widzi. Kazał wrócić gdyby się powtórzyło.
Nie uszłam 2 ulic, jak znów pociekło, no to z powrotem do gina. Dostałam skierowanie do szpitala.
I tak przeleżałam 6 dni na obserwacji. Leżałam na sali razem z kobietkami na podtrzymaniu.
Pamiętam że w sobotę rano pani położna poinformowała mnie że w niedzielę mnie wypisują, ucieszyłam się
A tu niespodzianka, akuratnie po skończeniu lektury o porodzie, szykując się do snu, wstając z łóżka usłyszałam "chlupsk" ...i wody płodowe na podłodze. Ja oczy jak 5 zł, dziewczyny zaspane "o rodzić będziesz, doczekałaś się"
Potuptałam do położnej, spytała się mnie czy mam skurcze, ja do niej że nie, kazała wrócić jak zaczną się. No ledwo doszłam do swojej sali, skurcze. No to wracam powiedzieć. Kiwnęła głową kazała się przespać - była godz. 23.
No kurczę ale gdzie tu spać jak te skurcze łapią i łapią, zaczęłam łązić w tę i spowrotem.
Położne po 15 min. przeniosły mnie do osobnej sali "bo ludzi będę budzić niepotrzebnie swoim łażeniem".
Koło godz. 2 w nocy przylazła pani z papierami i wypełniamy. Powiedziałam o wadzie wzroku, ta panika i wrzask, skąd ona okulistę wytrzaśnie w środku nocy...
Bum zastrzyk na wstrzymanie.
Koło godz. 5 dołączyła do mnie inna rodząca...rany boskie, przy jej jękach i płaczu miałam wrażenie że boli mnie 5 razy mocniej. Łaziłam po sali podchodziłam do okna i przy skurczach "wisiałam" na parapecie. Doszły bóle krzyżowe...no i miałam pozamiatane.
Wpadła położna, dała oksytocynę...po 1 h znów na wstrzymanie, lekarz zajęty, nie dojedzie na czas.
W końcu doczekałam się lekarza około 8 rano, stwierdził że mogę rodzić SN.
Potem czekało mnie następne badanie. Rozwarcie małe na 3 cm, a lekarz pcha mi te łapska do środka, ja wyję z bólu, ten łapy we mnie prawie do łokci i grzebie drąc się żebym nie wyła. Jezu jak ja płakałam...
Oksytocyna i znów czekanie.
"Współlokatorkę" zabrali na porodówkę koło godz. 10.
Zostałam sama skurcze coraz częstsze, silniejsze, a rozwarcie ni cholendry większe.
Nie widziałam żadnej różnicy, ale o 12 zapadła decyzja o przeniesienie mnie na porodówkę.
Przed tym lewatywa, prysznic, przebieranko. Idąc na sale minęłam się z panną przez którą mało szału nie dostałam. Pytam się jak było? A ona...nie wiem nic nie współpracowałam.
Ja wiadomo młoda 17 letnia dziewczyna wystraszona i skołowana...zgłupiałam doszczętnie.
I poleżałam sobie dość długo na porodówce, pielęgniarka była ze mną cały czas, podpięła mnie do ktg.
Znudzona zagadnęłam do niej że jak to tak wygląda to mogę rodzić cały czas.
I znów bum...ból party.
Jak zawsze sobie obiecywałam że ja w życiu nie krzyknę przy porodzie....krzyk po prostu sam się wyrywa z piersi, jakby poza kontrolą. Ależ byłam w ciężkim szoku, ledwo odetchnełam znów.
Zbiegli się lekarze...
W tym momencie pamiętam resztę jak za mgłą, wiem że traciłam przytomność, co za tym idzie, tętno dziecka słabło, cucili mnie, krzyk przyj, parłam, traciłam przytomność...
W którymś momencie lekarz przy parciu dosłownie prawie położył mi się łokciami na brzuch i wyparł małego na świat.
Biedactwo 2 razy owinięte pępowiną, sine, nie ruszało się. Dopiero po podaniu mu tlenu pokazali jajuszka i usłyszałam krzyk. Do tej pory na samo wspomnienie mam łzy w oczach.
Personel pochwalił nas oboje, i razem z synkiem Marcelem spędziliśmy w szpitalu jeszcze 9 dni, ze względu na żółtaczkę i problemy z wzmożonym napięciem mięśniowym synka.
Rany pamiętam wszystko jakby było to wczoraj, a przecież Marcelek ma już 9 lat
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum