U mnie było tak:
Miałam termin na 25 lutego, ale mojemu synkowi się nie spieszyło na świat wiec poszłam do szpitale ze skierowaniem 3 marca około 18 ale na dłuższy czas przed tym terminem dostałam skurczy ale nie regularnych a rozwarcie miałam na 2,5 cm i biegunkę więc co rusz do kibelka.
Gdzieś mniej więcej o 1 w nocy rozbolał mnie brzuch i poszłam do ubikacji siusiu i patrze a na wkładce troszkę krwi ze śluzem tzw czop śluzowy, poszłam powiedzieć pielęgniarkom i one stwierdziły że w każdej chwili wszystko może się rozkręcić i jak dobrze pójdzie to zacznę rodzić niedługo, po 1,5 godz dostałam częstszych skurczy ale w ciąż nie regularne i rano około 8 rano przy obchodzie powiedziałam co i jak, wzięli mnie na badanie tam stwierdzili, że na porodówkę a rozwarcie już miałam na 4 cm. Szybkie pakowanie i telefon do męża, gdy po 20 min przyjechał ja już byłam na sali porodowej, w prowadzili go i podłączyli mnie do KTG a ja miałam już co 3 min skurcze po 2 godz położna kazała mi iść pod prysznic gdzie ciepła woda przynosiła mi ulgę i jeszcze przyśpieszyło poród.... potem było już coraz gorzej....ból był nie do wytrzymania a o 12 już miałam te co chwila skurcze a rozwarcie 5cm położna do mnie z moim mężem że mam skupić się na oddychaniu a ja się zwijałam z bólu i powtarzałam w kółko że już nie mogę gdy położne się zmieniały to ta druga powiedziała że mam przy skurczach podciągać do góry nogę to przyniesie ulgę i przynosiło ale na chwilkę tylko, przyszedł lekarz i kazał mężowi wyjść a ten przebił mi pęcherz płodowy a ja dosłownie się darłam jak szalona bo ból był nie do wytrzymania a potem jeszcze ciągłe sprawdzanie przez położną układu główki bo nie chciała się dobrze ułożyć i znów się darłam mąż do mnie że mam przestać tak krzyczeć bo wszędzie mnie słychać a ja po prostu nie potrafiłam to samo wypływało z moich ust i gdy się przymierzali zrobić mi cesarkę zaczęłam już przeć też bolało jak diabli ale gdy o 15:55 urodził się mój synek z wagą 4240kg to już byłam szczęśliwa, a mąż płakał ze szczęścia gdy już mnie zszywali okazało się że silnie krwawię i musieli mi wyłyżeczkowanie jamy macicy zrobić i z nów ból i gdy byłam już po wszystkim to ze zmęczenia i radości zaczęłam zasypiać..... Wszystko zaczęło się na następny dzień 5 marca w moje urodziny wiec zrobiłam sobie prezent.... synka cały czas miałam przy piersi do ubikacji nie mogłam iść bo co go odstawiłam od piersi to płakał jak go ważyli to waga spadła nie martwiło mnie to bo wiedziałam że to normalne ale 6 marca wieczorem dostał gorączki i do tego waga jeszcze bardziej spadła i chcieli go zabrać na kroplówkę bo zbliżała się normy do tego jeszcze powiedzieli mi że podadzą mu antybiotyki bo po 2 dniach lekarze łaskawie zajrzeli do mojej karty i zobaczyli wymaz z pochwy dodatni i przez 5 dni podali mu antybiotyki do tego zaczęli go dokarmiać bo miałam jałowy pokarm a jeszcze 10 marca wykryli mu zakiś szmer na sercu i nie chcieli nas puścić do domu ale następnego ranka po badaniu stwierdzili że to nic takiego i nas puścili.... a po tygodniu spędzonym w domu znów tracił na wadze i musiałam przejść na modyfikowane mleko i teraz mój synek jest zdrowiutkim 8 tygodniowych, 6 kilowym i wesolutkim chłopcem a my z mężem jesteśmy szczęśliwi
Informacje: Wiek: 25 Dołączyła 1161 dni temu Posty: 2104
Profil: Imię: Kornelia
Im. dziecka: Maja
Nastrój:
Wysłany: 2010-05-20, 15:14
U nas zaczęło się niewinnie jak zwykle wstawałam co godzinkę do łazienki, ale nad ranem po takim spacerku położyłam się do łóżka i poczułam jak dreszcz przechodzi mi po plecach, odeszły mi wody, zerknęłam na zegarek była czwarta, obudziłam męża. Byłam troszkę zdezorientowana, nie do końca przekonana czy to jest właśnie początek porodu czy po prostu jakieś ciążowe nie domaganie, ale wstałam z łóżka i wszystko było już jasne. Stwierdziłam że jedziemy ponieważ wody były zielonkawe. Byliśmy z mężem bardzo spokojni, chyba do końca nie wierzyliśmy, że to już. Na izbie był ruch przede mną jedna dziewczyna za mną zebrało się trzy. Zrobili ktg, brak skurczów, zrobili USG brak wód, dzidziuś startuje. Później standardowe procedury przed porodem, stos papierków i lądujemy na sali do porodów rodzinnych. Gdzie pojawił się również mój mąż w gustownym ubranku. Podpięli ktg, oksytocynę i kazali dreptać. Godziny mijały, a u nas nic się nie zmieniało, o 9 pojawiły się skurcze i pomalutku stawały się coraz bardziej bolesne. W między czasie była zmiana lekarzy i na salę wszedł lekarz który zajmował się nami przy sepsie, z uśmiechem stwierdził że jestem jego ulubioną pacjentką i cieszy się że urodzimy razem. Przynieśli nam worek sako, piłkę, radio i kazali się jak najwięcej ruszać. Bóle były naprawdę mocne a szyjka nie chciała się skracać, no więc seria Dolarganu. Później ciepły prysznic dla złagodzenia bólu, mąż dzielnie pocieszał mnie rozmową, masował plecy, trzymał za rękę. Rozwarcie na 3 cm. Mimo szczerych starań położnej i kilku bolesnych masaży szyjki nic nie pomagało. Kolejny prysznic, bóle były trudne do zniesienia. Zaczęliśmy się niecierpliwić o 19 zmieniły się położne i znowu zastosowano Dolargan, tym razem położna bardziej mobilizowała do piłki. Tutaj mąż miał pierwsze pole do popisu, chodziło o to żeby skakać w skurczu co uwierzcie było prawie nie wykonalne, mąż jednak tak mnie mobilizował i wręcz pomagał skakać. W między czasie masaże szyjki. Koło 20 dowiedzieliśmy się, że planują cesarkę jeśli nie urodzimy do 21.30. Zdenerwowani czekaliśmy na kontrolne "pomiary". Jest 7 cm! A później to już poszło i w końcu słyszę upragnione: Rodzimy! Do tej pory bóle były okropne, mąż wycierał mi twarz mokrym ręcznikiem, usłyszeliśmy krótką instrukcję parcia i do roboty. Byłam wykończona nie miałam siły przygiąć głowy i przybrać odpowiedniej pozycji, po tylu godzinach bóli, ale i tutaj mogłam liczyć na męża. Parliśmy uparcie kilka razy po czym usłyszałam: widać włoski! Do końca życia nie zapomnę radości w oczach męża jak je zobaczył i ze łzami w oczach chwycił mi twarz w dłonie i wręcz krzyczał z radości: Słyszałaś ma czarne włoski! Czarne! Teraz dopingował mnie już głośno. Wezwali lekarza, który mnie znieczulił i naciął. Później to już była kwestia kilku parć i zobaczyliśmy nasze maleństwo, uszczęśliwiony tata przeciął pępowinę, wycałował mnie. Dostałam córeczkę na chwilkę była piękna! Zabrali ją do ważenia i mierzenia, mąż poszedł zrobić zdjęcia. Mnie czekało szycie, nie było źle. Mąż wrócił i dostaliśmy naszą kruszynkę (3200g, 54cm) , tego szczęścia nie da się opisać w końcu byliśmy w trójkę, cali, zdrowi i szczęśliwi.
_________________
Nie usuwaj dziecku kamieni spod stóp, bo gdy dorośnie będzie się potykać o ziarenka piasku.
Informacje: Wiek: 30 Dołączyła 769 dni temu Posty: 2694 Skąd: Kraków
Profil: Imię: Ania
Im. dziecka: Zosia, Filip
Nastrój:
Wysłany: 2010-05-20, 17:46
Cudowna historia
_________________ "Bo istnieją gwiazdy i niebieskie kraby pustelniki"
:) Gość
Informacje:
Profil:
Wysłany: 2010-05-20, 20:01
wyjątkowo wzruszający opis reakcja męża piękna
tylko mam pytanie. czy Dolargan podany w początkowej fazie porodu przypadkiem go nie spowalnia? tak mi się cos obiło o uszy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum