Informacje: Wiek: 28 Dołączyła 808 dni temu Posty: 431 Skąd: Radomsko/Częstochowa
Profil: Imię: Karolina
Im. dziecka: Maja
Nastrój:
Wysłany: 2010-05-26, 14:52
Przyszła kolej na mnie Lekarz 17 maja powiedział, że jak do 20 nie urodzę (termin na 13) to 20 maja mam się już zgłosić do szpitala.
19 maja poszłam sobie do dentysty na 14:30, ale babeczka bała się, że jej urodzę na fotelu. Więc jej powiedziałam, że to nie takie proste niestety, tez już bym chciała. Po 16 włączyłam sobie film - Ciacho i od czasu do czasu zerkałam na zegarek, bo bolało mnie podbrzusze i krzyż falami co kilkanaście minut. Pod koniec filmu już co 10-12 minut. No i po 19 stwierdziłam, że skoro i tak za dużo nie zwojuję, bo 20 miałabym jechać do szpitala, to pojadę teraz - najwyżej zostanę jedną noc dłużej. Po 20.00 na Izbie przyjęć ze skurczami co ok. 6-8 minut. Tam formalności mnóstwo i na porodowkę. Także na porodówce byłam ok. 21. Arek został na poczekalni, ja pod KTG. Jeśli faktycznie będę rodzić - męża położna poprosi na blok. A propos położnej - cudowna kobieta, wspaniały człowiek i fachowiec. Rozwarcie tylko na 2 cm, skurcze niezbyt silne, ale na szczęście zaczęły się zagęszczać i kiedy były co ok. 4 minuty położna i lekarka zapytały mnie czy życzę sobie akcję przyspieszyć zastrzykiem czy wolę naturalnie czekać na większe rozwarcie. Oczywiście wzięłam zastrzyk, mąż przyszedł i siedział koło mnie, spacerowaliśmy po zastrzyku trochę po korytarzu zwiedzając zakamarki porodówki, a mnie ni stąd ni zowąd zrobiło się rozwarcie na 4cm. Położna wzięła mnie do łazienki na lewatywę (strasznie się tego wstydziłam, ale było intymnie, w czyściutkiej ładnej łazieneczce, wszystko mi wyjaśniła i zostawiła, dała tyle czasu ile potrzebuję, żeby czuć się komfortowo). Potem znów KTG, badanie położnej i bardzo miłej sympatycznej lekarki i przy rozwarciu na 6cm propozycja kąpieli w wannie z bąbelkami. Poszłam z mężem, wanna olbrzymia, cudowne odprężenie, rewelacja! Miałam tam być 30min, ale nie chciałam wychodzić i położna pozwoliła poleżeć 40 minut. Skurczy prawie nie czułam przez ten hydromasaż, mąż polewał mi cieplutką wodą wystający jeszcze wielki brzuch. Potem ubrałam się już w szpitalną seksowną krótką koszulkę do rodzenia i na fotelik, mąż z boku przy mnie. I było 8cm, potem 9 i 10cm rozwarcia bardzo szybko. W międzyczasie mąż z polożną naszykowali komplet pierwszych ubranek dla dzidziusia, więc wiedzieliśmy, że to już niedługo. I dziwne pozycje proponowane przez położną w trakcie skurczy: na lewym boku i parcie w kucki. Wód miałam chyba ze sto litrów, bo takich "chluśnięć" było z 8. Pierwsza faza porodu trwała 6 godzin. Same bóle parte czyli konkretne rodzenie trwało 30 minut, bolało oczywiście, nie ma co ukrywać. Położna wiedziała, że jestem po italianistyce i żeby mnie rozluźnić i czymś zająć kazała do siebie mówić po włosku! Pośmiałyśmy sie trochę i od razu zrobiło sie przyjemniej. Szybko okazało się, że pęcherz płodowy to już mi wyłazi z pochwy, a położna zaproponowała mi, żebym dała rękę, to poczuję główkę, bo już wychodzi, ale ja nie chciałam (nie wiem czemu). Jeszcze chwilka i o 4:30 wyszła wielka grubiutka dzidzia (56cm, 3650 gram) i dostałam ją od razu wysoko na brzuch, taką wymamloną w śluzie zwiniętą. Pogłaskałam, przytuliłam i oddałam. Na sali czekała już pielęgniarka od noworodków i z Arkiem poszli oporządzić moją córeczkę. A ja w tym czasie jeszcze raz musiałam poprzeć i łożysko samo sobie wyszło nawet nie wiedziałam kiedy. Lekarka zaczęła mnie zszywać, w międzyczasie przyszedł już do mnie Arek z pachnącą pulchną dzidzią w beciku i siedział przy mnie aż mnie poskładają do kupy. Potem zeszłam z fotelika na łóżeczko, dzidzię dostałam na ręce i przykryte kocykiem po kilkunastu minutach oczekiwania jeszcze na bloku porodowym (czy czasem nic się nie będzie działo) pojechałyśmy w asyście męża-tatusia na oddział. O 8 rano byłam juz na nogach (prysznic w asyście położnej).
I tyle... ból jak ból... to faktycznie jakiś fenomen, ale taki ból się zapomina. A atmosfera była wspaniała. A teraz mała reklama: polecam wszystkim rodzącym porodówkę w Bełchatowie: czyściutko, nowiutko (nowy blok porodowy) no i ten sympatyczny personel: od salowych, przez położne do lekarzy.
Aaa.... i jeszcze jedno: mój mąż baaaardzo mi pomógl, bez niego byłoby dużo trudniej. Był cały czas przy mnie, wspaniałe doświadczenie, wiele razy mi powtarzał, że byłam bardzo dzielna (widział, jak to ciężko jest urodzić takie małe cudo). On też był bardzo dzielny, że wytrzymał te widoki. Też mu to codziennie powtarzam. Zbliżyło nas to do siebie.
No to ladne rzeczy tu wychodza. Dziewczyny po termine, to nic tylko "ciacho" powinny ogladac
piccolina napisał/a:
a położna zaproponowała mi, żebym dała rękę, to poczuję główkę, bo już wychodzi, ale ja nie chciałam (nie wiem czemu)
to tak jak mi chcialy lozysko pokazac a ja teraz zaluje ze go sobie nie obejrzalam. ale i tak wszystko odbijalo mi sie w lampie na suficie, wiec co nieco widzialam. Ale gloweczke to sama dotykalam, jednak dzis zbytnio tego nie pamietam.
Informacje: Wiek: 24 Dołączyła 750 dni temu Posty: 433 Skąd: Poznań
Profil: Imię: Małgorzata
Im. dziecka: Damian
Nastrój:
Wysłany: 2010-06-24, 13:36
no więc czas na nas.....
w piątek - 18 czerwca o godz 11 rano zgłosiłam się do szpitala na badania kontrolne, czy już coś się dzieje (w szpitalu w piątki dyżur ma mój wuja i przy okazji lekarz prowadzący), zbadali...2cm rozwarcia - zostajemy....ponieważ wuja stwierdził że coś może być nie tak bo mu się szyjka nie podoba (zrobiła się twardsza niż tydzień wcześniej), będziemy rodzić dziś, położyli mnie na zwykłej sali podłączyli pod ktg i dali jakieś tabletki pod język przygotowujące do porodu....na ktg wychodziły skurcze ok 50-60 (ja ich nie czułam) a tętno Małego ok 141 ale czasem na chwilę spadało do 90 i lekarzom się to nie podobało...
o 17 wzięli nas na górę na porodówkę...położyli i podali oxy przez pompę najszybciej jak się da...tak sobie leżeliśmy i zaczęłam odczuwać skurcze coraz mocniej i ok 21 były już bardzo mocne i regularne co 3min, ponieważ rozwarcie się zrobiło dopiero na 3 cm przyszli i przebili pęcherz płodowy i zrobili masaż szyjki (straszne uczucie) ... po tym wszystkim skurcze się nasiliły i błagałam o jakieś znieczulenie bo już płakałam z bólu, przyszła Pani anestezjolog i podłączyła mi zzo...po chwili....ulga!! jedna wielka ulga...cisza i spokój (chociaż z lewej strony trochę bardziej czułam) leżałam tak sobie z zamkniętymi oczami i zbierałam siły i nagle...ukłucie w lewym boku ale takiego bólu jeszcze nie miałam...w porównaniu do tego te skurcze to było nic...jak się wydarłam aż pielęgniarka przybiegła ale stwierdziła że to pewnie Mały się układa w kanale rodnym...leżałam, starałam się wytrzymać ale po 15 min już naprawdę nie dawałam rady do tego zrobiło mi się strasznie zimno (przykryli mnie 2 kocami i moim takim gruubym ciepłym porannikiem), miałam takie dreszcze że nie mogłam się uspokoić i cała się trzęsłam i do tego zaczęłam wymiotować (w tym momencie mama pobiegła po lekarza), jak przyszli ja już miałam mroczki w oczach, trzęsłam się, bok myślałam że mi wyrwie i nie miałam władzy w ciele...nie mogłam głowy ani rąk podnieść, Małemu tętno podniosło się do 150 rozwarcie na 4 cm...decyzja-cesarka....uwinęli się tak szybko że po 10 minutach chyba już leżałam na dole na sali operacyjnej...no i tu...podali znieczulenie a ona..działa tylko w prawej stronie!! podali kolejną dawkę i nadal nic...Pani anestezjolog kuła mnie szpilka żeby sprawdzić kiedy czuję i aż oczy wielkie zrobiła i podała kolejną więc jak to się przyjęło to odpłynęłam całkiem ( a miałam być przytomna), potem nagle usłyszałam głośny płacz dziecka ...chciałam odwrócić głowę i otworzyć oczy żeby go zobaczyć ale nie dałam rady...okazało się że Mały miał pępowinę owiniętą wokół ramienia tzw "szelki" i przez to nie mógł się ustawić w kanale i schodzić na dól...do tego ten ból to się zaczęło łożysko odklejać, no i przez całą ta walkę tam Małemu skakało to tętno...potem nic i nagle czuję że się wybudzam i mnie przewożą na OIOM...po chwili wchodzi R. kuca przy łóżku całuje mnie w rękę i mówi że mu go dali na chwilę jest cały, zdrowy i śliczny....nie mogłam za dużo mówić, wyjęczałam tylko "kocham cię" (ale tak mi się strasznie język plątał że nie wiem co z tego wyszło ) i poczułam jak mi łzy płyną po policzkach, R. powiedział że mnie też pocałował w głowę i wyszedł...pamiętam tylko ze w nocy miałam straszne dreszcze i mnie czymś przykrywali, no i przebudziłam się rano i czekałam tylko aż mnie przeniosą na górę i zobaczę Małego...przenieśli koło 14 i jak go dostałam to był najpiękniejszy moment i zapomniałam o całej nocy która wydawała mi się najdłuższa w życiu....jednak da się to zapomnieć tak jak mówią
p.s. okazało się że z tą szyjką moja mam miała to samo i też dwa dni się męczyła ze mną i powiedzieli że to może być dziedziczne
_________________ "Pozostań dzieckiem, aby Cię zawsze mogły kochać Twoje dzieci."
Informacje: Wiek: 24 Dołączyła 1289 dni temu Posty: 2010
Profil: Imię: Asia
Im. dziecka: Ula i Ala
Nastrój:
Wysłany: 2010-06-24, 14:00
Go$, wspaniale opisane, namęczyłaś się trochę biedulko
Go$ napisał/a:
hwili wchodzi R. kuca przy łóżku całuje mnie w rękę i mówi że mu go dali na chwilę jest cały, zdrowy i śliczny....nie mogłam za dużo mówić, wyjęczałam tylko "kocham cię" (ale tak mi się strasznie język plątał że nie wiem co z tego wyszło ) i poczułam jak mi łzy płyną po policzkach, R. powiedział że mnie też pocałował w głowę i wyszedł...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum