To teraz kolej na mnie
Termin miałam na 12.06, ale nic się nie działo. Lekarz powiedział, że jak nic się nie będzie działo to 23.06 mam się zgłosić do szpitala. Do 22.06 kompletnie nic, żadnych skurczy i bóli. 22 już zaczęły się lekkie skurcze co 30-40 min i trwające jakieś 30 sek. Powiedziałam do męża, że poczekamy do skurczy co 10 min, bo to może być fałszywy alarm. Torbę miałam już spakowaną, ale jeszcze sprawdziałam czy wszystko jest Chodziłam cały czas po mieszkaniu, masowałam brzuch żeby to jakos przyspieszyć. Skurcze były już regularne co 10 min, mąż zadzwonił na pogotowie, powiedzieli że za 5 min będą. Usiadłam na kanape, mąż patrzył na zegarek, skurcze się nasilały i były częstsze. Kolejny skurcz i poczułam coś mokrego pod tyłkiem, powiedziałam do męża, że odeszły wody. Karetki nadal nie było, mąż pomógł mi wstać i pojechaliśmy naszym samochodem do szpitala. Starałam się nie przeć, ale to jakoś tak szybko się działo. Byliśmy już pod szpitalem, zaczęła wychodzić główka dziecka. Dałam rade wysiąść z samochodu i poszliśmy do środka. Mąż zawołał lekarza, wzięli mnie na wózek i od razu zawieźli na porodówke. Położna podłączyła mnie pod coś, nawet nie wiem co to było, bo już nie miałam siły. Ok godz 23 przyszedł lekarz, powiedział, że przy każdym skurczu mam przeć jak najmocniej. Myślałam, że zaraz zemdleje. Parłam jak tylko się dało, ale dziecko nie chciało wyjść, rozwarcie miałam na 5cm. Nie mogli mi zrobić cesarki, bo głowka powoli wychodziła. Była 2 w nocy i dalej widać tylko kawałek główki. Męczyłam się tak do 8 rano. w końcu mój maluszek się zlitował i zaczął wychodzić. po godz 11 już byliśmy razem
Aleks ważył 3200g i miał 55cm
W piątek 20 sierpnia, około godziny 12 położono mnie pod KTG, które kontrolnie wykonuje się w dniu terminu porodu. No i nagle okazało się, że tętno malutkiej jest jakieś nierówne, więc postanowiono przyjąć mnie do szpitala na wszelki wypadek. Byliśmy przerażeni. Ale już chwilę potem, kiedy zaprowadzono mnie na salę przedporodową i podłączono na dłuższy czas pod KTG uspokoiliśmy się- okazało się, że z tętnem wszystko w porządku natomiast... Piszą się skurcze! I to dość silne... A ja NIC nie czułam Podano mi nospę rozkurczowo, skurcze ustały, więc lekarze stwierdzili, że odsyłają mnie na patologię ciąży. Przeleżałam tam piątek i sobotę, natomiast w niedzielę, postanowiono podłączyć mnie pod oksytocynę tak delikatnie, testowo, że może coś się zacznie dziać. Ja cała szczęśliwa mocccno zaciskałam kciuki, tymczasem nastąpiła powtórka z rozrywki- nawet w pewnym momencie, nastąpiła konsternacja, słyszałam jak położna do lekarki mówi "ale takie skurcze to już przecież bolą" Okazało się tylko, że mam rozwarcie na 3 cm i ponieważ Zosia jest oporna to wracam na patologię i czekamy na rozwój wypadków... Się trochę podłamałam biorąc pod uwagę, że moje dziecko mogło chcieć jeszcze siedzieć i siedzieć w tym umoszczonym w brzuchu gniazdku. Ale lekarzy coś tknęło i zawołali mnie jeszcze na USG. Okazało się, ze mała ma mało wód płodowych i nie ma na co czekać, od samego rana dnia następnego, wywołujemy poród.
Dnia 23 sierpnia 2010 roku o godz. 8:15 podłączono mnie pod oksytocynę i KTG. Początkowo nic nie czułam, mimo piszących się lekkich skurczy. Kiedy P. o 9 się pojawił skurcze stawały się już coraz mocniejsze, w okolicach 10 postanowiono przebić pęcherz płodowy, wody odeszły i wtedy naprawdę się zaczęło. Ale stwierdzono, że znieczulenie może poród przyspieszyć, więc jeśli sobie życzę... Oczywiście, ze sobie życzyłam, do momentu, aż przyszła pani anestezjolog i zaczęła mi opowiadać o efektach ubocznych... Byliśmy przerażeni, ja naprawdę nie wiedziałam co robić... Aż tu nagle wpada położna i mi mówi, żebym się nie wygłupiała, ze lekarze to zawsze najpierw patologią straszą a żebym jej wierzyła, że ja jeszcze naprawdę mocnych skurczy nie czułam. Zaryzykowałam. Efekt był w sumie natychmiastowy... Tzn. nie tylko przestało boleć, ale.... Pierwsza dawka znieczulenia została podana 12:15, przed jej podaniem rozwarcie 4 cm, chwilę po podaniu 5 cm. W okolicach 13 kazałam P. wołać położną bo nie boli ale jakiś dziwny ucisk czuję- ta mnie bada i mówi, ze mam 8 cm rozwarcia Wytrzymałam jeszcze 3 takie skurcze parte i pokazała mi jak należy przeć, P. wystartował z podawaniem mi tlenu Potem nas na chwilę zostawiła, zanim się zorientowałam pojawiły się jeszcze 2 pielęgniarki, 3 lekarzy, zamknęli okno....
Zosia urodziła się o godz. 13:45. Ważyła 3140 g i miała 53 cm długości, dostała 10 pkt
A potem trafiłam na oddział położniczy (poporodowy), ale to już całkiem inna historia...
Urodziłam po ludzku, w godnych warunkach, wspierana przez męża i personel, nie tylko życzliwy, ale również kompetentny, czułam się bezpiecznie w ich rękach. Być może jestem szczęściarą, a być może to po prostu moje podejście, jak powiedziała mi pani doktor, że zależy mi żeby urodzić, zobaczyć Zosieńkę wpłynęło na to wszystko. Leżąc 2 razy na sali przedporodowej, a potem już na porodówce, słyszałam krzyki, płacze, mimo, iż nad kobietami była sprawowana taka sama opieka jak nade mną. Mam bardzo niski próg bólu i bolało do momentu znieczulenia bardzo, ale... Wszystkie porody, które "słyszałam", kończyły się nagle, przerywane donośnym płaczem nowo narodzonej istoty i czasem śmiechem, czasem płaczem szczęścia matki (swoją drogą powinni te sale jakoś wyciszyć ). Co do mojego porodu, myślałam, że to bajka, że się o tym bólu tak szybko zapomina... Gdyby nie szyte krocze, już bym nie pamiętała. Zapomniałam już w szpitalu. Pamiętam, ze jakiś ból był, ale dużo bardziej w pamięci zostało mi, jak siedziałam na piłce w otwartym oknie, przytulona do P. i pomiędzy skurczami (a czasem w trakcie) rozmawialiśmy na temat widoku za oknem, wielkiego drzewa i ptaków, które na nim siadały tak blisko nas i świergoliły. Pamiętam wyprawy P. do KTG, żeby popatrzeć na rytm serduszka malej. Pamiętam dylemat, łzy, czy decydować się na znieczulenie, czy nie zaszkodzę. W końcu pamiętam tą niesamowitą ulgę, kiedy mała darła się wniebogłosy na moim brzuchu, a P. blady podziękował za możliwość przecięcia pępowiny.
Pamiętam, ze jakiś ból był, ale dużo bardziej w pamięci zostało mi, jak siedziałam na piłce w otwartym oknie, przytulona do P. i pomiędzy skurczami (a czasem w trakcie) rozmawialiśmy na temat widoku za oknem, wielkiego drzewa i ptaków, które na nim siadały tak blisko nas i świergoliły. Pamiętam wyprawy P. do KTG, żeby popatrzeć na rytm serduszka malej. Pamiętam dylemat, łzy, czy decydować się na znieczulenie, czy nie zaszkodzę. W końcu pamiętam tą niesamowitą ulgę, kiedy mała darła się wniebogłosy na moim brzuchu, a P. blady podziękował za możliwość przecięcia pępowiny
to było piękne!!! Wzruszający opis, ja zawsze płaczę jak głupia, ale wiem, że to jest właśnie najwięszy cud świata, nie żadne piramidy i inne takie, początek ludzkiego życia to największy cud.
Cieszę się, że ta dobrze wspominasz poród, po takiej relacji w ogóle się nie boję, dziękuję
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum